Kobieta na ławce.

Szary, chłodny wieczór zawisł nad opuszczonym osiedlowym placem. Mieszkańcy zniknęli w swoich domach, zostawiając po sobie tylko ślady dawnego życia – odrapane bramki pokryte resztkami zielonej farby i połamane ławki, które wyglądały jak milczący świadkowie przeszłości.

Na jednej z tych ławek siedziała starsza kobieta. Była okutana w gruby płaszcz, a różową czapkę wcisnęła głęboko na głowę, niemal zasłaniając oczy. Jej dłonie, złożone spokojnie na kolanach, były nienaturalnie blade, jakby pozbawione życia.

Młody mężczyzna przypadkiem spojrzał na nią z okna pobliskiego bloku. Poczuł dziwny niepokój – chłód, który ścisnął mu gardło. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że coś jest bardzo nie tak. Nie mógł oderwać wzroku od nieruchomej sylwetki, aż w końcu podjął decyzję. Zszedł na dół, by to sprawdzić.

Z każdym krokiem cisza stawała się coraz gęstsza, niemal dusząca. Powietrze było ciężkie, jakby wchłaniało wszelkie dźwięki. Kiedy zbliżył się na kilka metrów, zauważył, że kobieta wcale nie patrzy na nic konkretnego – jej oczy były puste, pozbawione życia.

Wtedy usłyszał dźwięk. Nie dochodził z jej ust, był raczej jak chrapliwe, ciche szmery dochodzące z wnętrza jej płaszcza. Poczuł, jak chłód ściska mu gardło. Nie mógł się ruszyć, choć bardzo chciał uciekać.

Cienie na ziemi zaczęły się wydłużać, choć słońce już dawno zaszło. Z ciemności za plecami kobiety zaczęła wyłaniać się postać – niekształtna, ciemna sylwetka, która powoli nabierała wyraźniejszych kształtów. Przerażenie ścisnęło go za gardło, ale nogi odmówiły posłuszeństwa.

Nie zdążył nawet krzyknąć.

Cisza powróciła, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Kobieta wciąż siedziała na ławce, spokojna i nieruchoma, a jedynie cień rzucany przez latarnię na ziemię stał się trochę większy, głębszy, jakby pochłonął czyjeś życie.