Karolina od kofeiny

Był to dzień jak każdy inny, a przynajmniej tak się zapowiadał, dopóki nie pojawiła się ona – Karolina, znana w lokalnych kręgach jako „Ojciec Chrzestny Kofeiny”.

Ubrana w ciemną bluzę z obszernym kapturem, skrywając się przed wzrokiem ciekawskich sąsiadów, Karolina powoli weszła do kuchni. W dłoni trzymała swój słynny kubek „The Godfather”, którego uchwyt przypominał rewolwer. W oczach miała ten specyficzny błysk – błysk, który mówił jasno: „Potrzebuję kawy, albo ktoś tu ucierpi”.

– Znowu ty? – jęknął ekspres do kawy na jej widok, próbując nieco się odsunąć. – Miałaś pić tylko jedną filiżankę dziennie!

– Dziś potrzebuję więcej – odparła groźnie Karolina, celując kubkiem-prostokątem prosto w zaparzacz. – Żadnych negocjacji, przyjacielu.

Ekspres westchnął ciężko, wypuścił kłęby pary i zabrał się do roboty. Karolina usiadła, przykrywając kaptur głębiej na oczy, jakby planowała zemstę na całym świecie za to, że zmusił ją do wstania przed 10 rano.

Nagle z pokoju obok wychyliła się nieśmiało głowa Tomasza.

– Wszystko w porządku? – zapytał ostrożnie, patrząc na jej kubek.

– Lepiej, żeby było – mruknęła, siorbiąc świeżo zaparzoną kawę. – Dzisiaj będę robiła oferty, których nikt nie odmówi.

Tomasz przełknął ślinę, mając nadzieję, że chodziło jedynie o pyszny obiad albo wybór filmu na wieczór. Ale w duchu wiedział, że kiedy „Ojciec Chrzestny Kofeiny” rozpoczynał swój dzień od kawy w takim kubku, wszystko mogło się wydarzyć.